dry-dry blog

Twój nowy blog
first.jpg

w sensie, ze koniec

dr GV *wzrusza ramionami*

powikszenie6jq.jpg

tribute to:
seks w wielkim mieście
śledziu i produkt

całość:
Free Image Hosting at www.ImageShack.us

dr Himeko Ononono
Wraz z wkraczaniem do Polski kapitalizmu i feminizmu w telewizji publicznej zastanawiano się, jak po polsku nazwać kobietę zajmującą się biznesem. Angielskie businesswoman wydawało się dalece zbyt skomplikowane i, nie oszukujmy się, mało przaśne. Z wielu propozycji szczególnie utknęła mi w głowie jedna, którą pozwolę sobie przyswoić na rzecz naszych badań dla określenia szczególnego gatunku samic, które powinno się wybijać. Propozycja ta to, z warszawskim akcentem, byznessa.
Nazwa ta wpadła mi natychmiast do głowy jak usiłowałam stworzyć raport z ostatnich doświadczeń badawczych i brakowało mi słow innych niż stara sfrustrowana kurwa wpierdalająca się w nie swoje interesy. Coprawda to pierwsze określenie jest o wiele czytelniejsze, ale trochę przydługawe, a niektórych może mierzić z racji procentu słów niecenzuralnych. Tyle względem nazewnictwa. Przejdźmy do opisu.

Byznessa to jeden z nagorszych gatunków samic. Ma ona to do siebie, że nadmiernie interesuje się interesami swojego samca i nie jest w stanie rozdzielić swojego życia prywatnego od jego życia zawodowego. Cokolwiek więc nie będzie jej pasowało w przeprowadzanech przez niego transakcjach i pertraktacjach, zrobi wszystko, by je zniweczyć. Za wszelką cenę. Nigdy nie ujawni ona wprost kierujących nią pobudek.
Najpierw będzie starała się wyjaśnić samcowi, że to co robi, przyniesie mu tylko straty, niekorzyści, krzywdy i tym podobne. Może jednak zdarzyć się, że samiec pomyśli trochę na własną rękę, dojdzie do wniosku, że samica przesadza, i planów nie zarzuci.
Wtedy samica będzie ubolewać i dawać samcowi do zrozumienia, że rani ją nie wysłuchując jej rad, a także robiąc coś, co ona traktuje jako skierowane przeciw niej. Postara się uruchomić samcowi sumienie.

Po klęsce tej metody przechodzimy do dwóch (w porywach do trzech) metod ostatecznych, które w pełnej krasie ukazują nam klasę takich samic. Gdy samica orientuje się, że jej manipulacje są nic nie warte, popada w desperację i przechodzi do czynów bardziej bezpośrednich.
Po pierwsze: próbuje zabronić samcowi doprowadzenia jego planów zawodowych do końca. Po drugie: dociera do kontrahentów i współpracowników samca po czym grozi im. Najczęściej groźby są żałosne i śmieszne, jednak metoda ta jest najskuteczniejsza, ponieważ kontrahent rezygnuje ze współpracy z jej samcem, gdyż nie chce mieć absolutnie do czynienia z tym czymś, co ma on u swego boku. Gdy jednak, co mało prawdopodobne, i ta metoda nie wypali, byznessa po prostu wedle możliwości dywersyfikuje projekt.

Drodzy czytelnicy. Tym razem raport ma charakter ostrzeżenia. Gdy tylko usłyszycie od samca, że jego samica ma jakieś zdanie co do interesu, który przeprowadzacie, wycofajcie się z niego jak najszybciej. Poza czasem i pieniędzmi możecie stracić też zdrowie, urodę i dobre imię.
dr Gudrun Vinquist (która już nigdy w życiu nie wyściubi nosa z korporacji)
Flehmen – odruch odwijania warg i odsłaniania dziąseł. Ten odruch jest charakterystyczny dla ogiera przy obwąchiwaniu klaczy.
Pierwsze wiosenne powiewy swieżego powietrza kiedyś trafić muszą wszędzie. Nawet do zakładów pracy, w których powietrze przepełnione jest zapachem wysilającego się krzemu, krążącego wszędzie papieru i przelewających się w tle hektolitrów kawy. Wraz z tymi pierwszymi smugami wiosennego powietrze pojawia się nagle niezwykłe ożywienie.
Na pustym z reguły piętrze ni stąd ni z owąd pojawiają się tłumy samców, energiczniejszych niż kiedykolwiek, a równocześnie specyficznie spiętych. To jest ten moment. Na piętrze pojawiła się młoda samica. Dziwnym trafem wszyscy muszą przejść właśnie obok niej i właśnie obok niej zwolnić na sekundę.
Samiec Alfa co chwilę drżącymi dłońmi sięga po coś na jej biurku tylko po to, by tego wcale nie wziąć. Zupełnie obcy samiec tuż przed opuszczeniem terenu uznaje za stosowne wyszeptać samicy prosto do ucha „do widzenia”, jeszcze inny wielokrotnie pożycza od niej po czym jej oddaje zupełnie nie do niej należący długopis. Mniej śmiała reszta kłębi się. Niektórzy starają się zaznaczyć swoją obecność głośnym żartem.

Z czego to tak naprawdę wynika? Mamy tu niewątpliwie do czynienia ze zbiegiem wielu czynników. Niektóre to tylko moje hipotezy (te zaznaczam pełniącymi równocześnie funkcję odnośników gwiazdkami).
-niewątplwie ożywienie wiąże się z tzw. „porą roku”*
-*w wiosennym powietrzu lepiej czuć feromony**
-umieszczenie jednej młodej samicy wśród grupy samców na ogół po jakimś czasie powoduje rozrośnięcie się tej grupy
-samce są stymulowane do działania przez konkurencję
-**samica po doznanym z rana wielokrotnym orgaźmie wydziela silniejsze feromony

Jak zawsze zachęcam drogich współbadaczy do dodania do tej skromnej listy swoich hipotez i podzielenia się obserwacjami dotyczącymi sytuacji o podobnym schemacie.
z terenu fabryki – dr Gudrun Vinquist

dr Vinquist (0:33)
co tak wszyscy sobie przypomnieli o mnie?
dr Vinquist (0:33)
A dzwonil
dr Vinquist (0:33)
teraz B smsa przyslal
dr Ononono (0:33)
wiesz to ta pora roku
dr Vinquist (0:34)
hyy
dr Ononono (0:34)
w lutym się macają a w kwietniu sobie przypominają
dr Vinquist (0:34)
:D
dr Ononono (0:35)
właściwie
dr Ononono (0:35)
*uczony ton*
dr Vinquist (0:35)
tak
dr Ononono (0:35)
to życie składa się z następujących po sobie cykli macania, zapominania o macaniu, a potem o macaniu sobie przypominania
dr Vinquist (0:35)
hyhyhy
dr Ononono (0:36)
przypominanie sobie o macaniu owocuje nowym macaniem, do tego pojawia się macanie absolutnie nowe
dr Ononono (0:36)
co owocuje zapominaniem
dr Ononono (0:36)
i tak koło się zamyka
dr Vinquist (0:36)
:D
dr Vinquist (0:36)
no i mas notke :P

„Macanie i przypominanie sobie a odwieczny porządek wszechświata” to niewątpliwie temat na pracę nawet i habilitacyjną, ale ze względu na ostateczne zrezygnowanie z oferowanych mi usług leśnego alter ego jednego z czytelników w zakresie pisania licencjatu jestem zmuszona przełożyć wgłębianie się w tę tematykę na przyjaźniejszy dla badaczy okres. Zbieżność wymienionych na początku rozmowy osobników A i B z opisywanymi wielokrotnie osobnikami określanymi jako ‚okaz a’ i ‚okaz b’ całkowicie przypadkowa.
z głębi średniowiecza, dr Himeko Ononono
O samcach uroczych już było. Coprawda tylko o tych chętnych, ale teraz będzie o niechętnych.
Jest taka szczególna odmiana Samców Uroczych, zwana „romantykami”. Taki samiec generalnie bardzo chce znaleźć sobie samicę, z którą mógłby i w ogóle. Samica nie musi być piękna. Samica nie musi być inteligentna, ani nawet miła. W gruncie rzeczy nie wiadomo jaka samica musi być – wiadomo jednak, że ma wywoływać skrajne uczucia. Skrajnie pozytywne, oczywiście.
Biada samicy, której samiec taki się spodoba. Biada jeszcze większa, gdy piękno oczu takiego samca przetłumaczy sobie ona jako jego zainteresowanie. Chociaż, zainteresowanie, owszem, pojawia się, należy sobie postawić pytanie: czy jest ono skrajne?
Do momentu wystąpienia skrajnego uczucia samce tego rodzaju są zdecydowanie niezdecydowane. Będą przebywać w otoczeniu zainteresowanej nimi samicy, ba, być może nawet opowiedzą o niej znajomym. Jednak samice powinny wiedzieć jedno – jeśli skrajne uczucie nie wystąpiło od razu, czyli mamy do czynienia z niezdecydowaniem ze strony samca – należy zapomnieć o szeroko zakrojonej bliskości z takim.
Nie wszystko jednak przepadło. To, że nie będzie z tego młodych, nie znaczy, że nie może być miło. Odrobinę bliskości da się wywalczyć (w sumie nie jestem pewna, czy jest to odpowiednie słowo, ponieważ dzieje się to na ogół w momencie najmniej spodziewanym i niechcący). Takiego samca należy spoić (alkoholem, oczywiście). W zależności od tego, jak długo taki samiec był sam, jaki jest jego stopień desperacji etc, otrzymany efekt będzie nosił większe lub mniejsze znamiona skrajności.
Tak więc, drogie czytelniczki, współbadaczki – w przypadku zauroczenia samcem uroczym romantycznym, polecam zakotwiczenie go na dystansie przyjaciela, z którego to można bez problemu go oglądać, a i przytulić się czasem da. Tymczasem chłopa szukać trzeba sobie gdzie indziej. Gdzie? Na to pytanie odpowiadać będziemy poprzez negację w zbliżającej się wielkimi krokami serii „samce niebezpieczne”.
dr Gudrun Vinquist – pokazuje szóstki czasem
Żeby nie było niejasności zacznę od wyjaśnienia tytułu dzisiejszej notki.
sniff: v, 1 wąchać, 2 obwąchać (…) 5 niuchać, 6 powęszyć, 7 węszyć – wszelkie skojarzenia z obwąchiwaniem się pod ogonami jak najbardziej na miejscu.
VIP area – miejsce (dla niektórych, w tym bohaterów dzisiejszej notki, mityczne), w którym spotykamy w dużym zagęszczeniu samce i samice Znane (o samcach tego rodzaju jakiś czas temu pisaliśmy), a poza nimi niewiele osobników, którzy sami nie są Znani lub nie zaliczają się do krewnych i znajomych Znanych.
Czasem zdarza się jednak, że w miejscu przeznaczonym na zgromadzenia samców i samic Znanych, pojawi się małe stworzonko spoza tej grupy. Dominującą cechą takiego stworzonka jest pragnienie, by stać się znanym. Jest też ono na ogol przepełnione podziwem dla gatunku, do którego chce dołączyć, jednak nieudolnie stara się to ukryć. Z jednej strony nadyma się, żeby sprawiać wrażenie, ze jest na swoim miejscu, z drugiej zaś, widać jak w podnieceniu biegają mu oczka, z jeszcze innej – przyjmuje minę pogardliwa. Wysyłanie tylu sprzecznych sygnałów na raz jest bardzo absorbujące, w związku z czym trzeba z czegoś zrezygnować, by nie nastąpiło przegrzanie organizmu tudzież totalne rozstrojenie. Osobniki takie na ogol rezygnują wiec z myślenia, zastępując je mimika je symulującą. Na ogol mało udatnie, choć mało wprawni obserwatorzy czasem dają się na to złapać.
Mimo głębokiego przekonania, że są na swoim miejscu, tego typu drobne stworzonka można rozpoznać nawet gdy w końcu same staną się Znane (co często, dzięki charakterystycznej dla nich determinacji, w końcu im się udaje). Po prostu nie pasują. Najlepiej widać to na przykładzie ich zwyczajów żywieniowych: rzucają się na kawior i szampana z niezdrowym błyskiem w oku, ładując sobie cały kopiasty talerz i biorąc kilka kieliszków udając, że to ich pierwszy. Nie zmienia się też tematyka ich powtarzanych w kółko stałych zagajeń: dziwki, koks, jacuzzi.
Z wiosennym pozdrowieniem,
dr Gudrun Vinquist
Na wstepie musze zaznaczyc, ze pocieranie sie cipkami, wbrew pozorom, nie ma nic wspolnego ze smyraniem sie po fiutkach. O ile to drugie ma charakter czysto intelektualny, to pierwsze z intelektem nic wspolnego nie ma. Wrecz przeciwnie, jest oparte raczej na jego braku.
Proceder pocierania sie cipkami polega na zarliwym wyrazaniu wspolodczuwania emocjonalnego i ewentualnie pseudointelektualnego. Najlatwiej zaobserwowac to w komentarzach blogow i na forach internetowych, choc domyslamy sie, ze wystepuje tez w innych sytuacjach.
Wyglada to tak, ze jedna samica inicjuje pocieranie poprzez rzucenie tematu. Jest to na ogol kilka zdan dotyczacych jej stanu emocjonalnego, ktory najczesciej przyjmuje nastepujace postaci: uniesienie spowodowane przez nowego samca, zalamanie spowodowane odejsciem samca i uniesienie spowodowane obraniem nowej drogi zyciowej*. Po takim zagajeniu nastepuje fala komentarzy, ktore pokazuja nam, ze wspolpocierajace przejely stan emocjonalny inicjatorki. Pojawiaja sie okrzyki „oh, moja droga, ja tez, ja tez! kisssssy!”, westchnienia wspolczucia i zrozumienia, deklaracje wsparcia i ewentualne opisy przezyc podobnych. Samice wylamujace sie ze schematu zostaja natychmiast ofukniete przez cala reszte.

Przed przejsciem to charakterystyki grupek, warto wspomniec o specyficznym stylu wyrazania sie samic pocierajacych. Mowa tu zarowno o specyficznym slownictwie (nazywanie siebie i innych samic „pannami”, czesto pojawiajace sie „kisssssy” i tym podobne) jak i o calej reszcie, dzieki ktorej wypowiedzi nabieraja charakteru lekko natchnionego, a przy tym buntowniczego. Czesto pojawiaja sie cytaty z roznych piosenek, najlepiej, by ich autorem byla jedna z samic pocierajacych lub ktorys zuzyty samiec (wykorzystywaniu tekstow zuzytych samcow towarzysza na ogol wyrazy potepienia ze strony calej grupy).

Grupki samic pocierajacych sie cipkami sa na ogol dobrze zorganizowane i zwarte, raczej zamkniete. Wyjatkowo dobrze czuja sie w nich samice plaskie. W momencie, gdy zostana zaakceptowane przez grupe i ich pozycja jest wystarczajaco mocna, moga liczyc na to, ze reszta samic bedzie glosila wszem i wobec, ze nie dosc, ze nie sa plaskie, to maja piekne, bujne piersi, ktorymi zachwyca sie wiele samcow. Jednak jako ze wiezi w grupie sa raczej powierzchowne, intensywnoscia niewiele majace wspolnego z tym, co jest okazywane, zdarzaja sie tez awantury i rozlamy. To juz jednak temat na kolejne badanie…

Tak jak wspomnialam w tytule, jest to jedynie zarys ogolny tej problematyki, maly wycinek z zachowan opisanych samic. Byc moze, jesli starczy sil, temat bedzie kontynuowany.
*”Osobniczki pocierajace się cipkami mniej wiacej co dwa trzy tygodnie przezywaja tzw. odnowe moralna, co zazwyczaj owocuje odpowiednią notka na blogu, a nastepnie fala odnów moralnych wyrazanych przez wspolpocierajace w komentarzach do notki” mówi dr Himeko Ononono.
dr Gudrun Vinquist
Jak pamiętamy, pozostawiliśmy bohatera naszej opowieści tkniętego Natchnieniem Okazjonalnym, między żyrafą z mydła a lustrem, w którym podziwiał własną doskonałość. Był on już jedynie o krok od przystąpienia do czynności zwanej „smyraniem się po fiutkach”. O czym (częściowo) dzisiaj.

Jak już ustaliliśmy, do zaistnienia właściwiego smyrania się po fiutkach potrzeba więcej niż jednego smyrającego. Idealną sytuacją jest gdy między uczestnikami smyrania dochodzi do interakcji, tzn. smyrają i są smyrani, jednak nawet samosmyranie daje o wiele więcej satysfakcji gdy wykonywane jest w towarzystwie osoby również się smyrającej. Bohater nasz musi zatem znaleźć sobie współsmyrających. Najprostszym na to sposobem jest oderwanie się od lustra i powrót do komputera, gdzie czeka na niego gadu przystrojone tchnącym… i tak dalej. Po nawiązaniu kontaktu ze znajomymi (którzy, jak pamiętamy, wydają mu się cudowni) dochodzi do smyrania się wirtualnego, ograniczonego do form pisanych, np. „wiesz, myślę sobie że jesteśmy fajne…”, „i fajnie wyglądamy…”. Częste powtarzanie okrzyku „o stara” jest łagodną formą smyrania.

Smyrający szybko jednak przenoszą się ze swoją czynnością do przestrzeni realnej. I tu nie sposób dalej zwlekać z odpowiedzią na pytanie jakie na pewno już od jakiegoś czasu zadaje sobie wielu czytelników. A mianowicie, czy smyranie się po fiutkach nie jest z definicji czynnością zarezerwowaną dla osobników płci męskiej? Logika kazałaby nam uznać, że tak właśnie jest. Jednak fakt, że zarówno ja, jak i dr Vinquist jesteśmy nałogowymi smyraczkami, wymusza odrzucenie tej hipotezy.

Pytanie jednak pozostaje: po czym smyrają się (lub są smyrane) smyrające? Jedynej sensownej odpowiedzi udziela hipoteza tzw. „fiutka intelektualnego”.

W przeciwieństwie do męskiego organu płciowego, fiutek intelektualny umieszczony jest na środku czoła, a jego występowanie nie ma żadnego związku z płcią osobnika. Wręcz przeciwnie, boleśnie wielu przedstawicieli płci męskiej fiutka intelektualnego jest całkowicie pozbawionych.

Odkrycie występowania fiutka intelektualnego zmusza nas do spojrzenia na nowo na wiele z pozoru pozbawionych znaczenia i całkowicie niewinnych zjawisk. Oto na przykład zauważamy następne, kto wie, czy nie najważniejsze, zastosowanie grzywki (Grzywka 1, Grzywka 2). Służy ona mianowicie do zasłaniania fiutka, który, jak wszystko co ma związek z intelektem, budzi uzasadnione przerażenie u płci przeciwnej.

Grzywka ma jednak tendencje do powiewania, a co za tym idzie, odsłaniania tego, co ma zakrywać. Niektórzy uciekają się do noszenia czapek lub opasek, jednak są one wygodne jedynie do momentu erekcji fiutka. Można również zwiększać gęstość grzywki poprzez tzw. „ciągnięcie” jej z dalekich partii czaszki, jednak nie przy wszystkich rodzajach włosów daje to pożądane efekty.

Nasz bohater jednak, jak przystało na pełnowartościowy obiekt badań, nie rezygnuje z grzywki. Na spotkanie z równie jak on natchnionymi znajomymi udaje się bez nakrycia głowy, a w każdym razie pozbywa się go przed przystąpieniem do smyrania. W tym miejscu trzeba zwrócić uwagę na zjawisko dotychczas pomijane: smyranie się po grzywce. Otóż czynność ta, tak typowa dla samic i samców grzywiastych jest w istocie zakamuflowanym smyraniem się po fiutku.

I tak oto wiemy już co myśleć, gdy w jakimś lokalu widzimy kilkoro młodocianych osobników płci obojga, wykonujących pozornie pozbawione sensu gesty w okolicach grzywy, zarówno własnej, jak i pobratymców. O ile przedtem cel ich zebrania pozostawał dla nas zagadką, to teraz nie ma wątpliwości: mamy do czynienia ze stadem smyraczy.

Bliższa charakterystyka czynności której się oddają, wraz z uwagami pozwalającymi odróżnić ją od procederu pozornie analogiczngo, a w istocie całkowicie odmiennego - w przyszłości.

dr Himeko Ononono

Inspiracja

Dzisiaj podejmuję się opisania dwóch zjawisk leżących u podłoża działalności dry-dry: natchnienia i smyrania się po fiutkach. Nie jest to zadanie łatwe, ponieważ zjawiska te są nader złożone, a na domiar złego powiązane ze sobą. Porzućmy jednak fałszywy strach i śmiało wkroczmy na ścieżkę badań.

Ustalono, że na początku jest natchnienie. Może być ono dwojakiego rodzaju, tak jak w ogóle ze względu na natchnienie populacja ludzka dzieli się na dwie części:

a.) permanentnie natchnionych: PN

b.) natchnionych okazjonalnie: NO

Osoby PN można rozpoznać na pierwszy rzut oka. Egzemplarze pokazowe tego typu cechuje specyficzne, nieobecne spojrzenie, wskazujące na nieustannie zachodzący w ich mózgu proces twórczy. Mają one skłonność do modyfikowania własnego wyglądu i przestrzeni wokół siebie (co jest bodajże najczęstszym sposobem wyrażania natchnienia permanentnego). Proszone o powiedzenie kilku słów o sobie, rzucają cycatem z jakiegoś futuryzującego tekstowo zespołu (Kult, Pidżama Porno, Kazik), w celu zaznaczenia własnej osobowości robiąc jeden lub dwa błędy gramatyczne. Jak widać są to postacie barwne, i nierzadko stają się one, przeważnie bezwiednie, bohaterami tzw. miejskich legend, co czasami owocuje byciem proszonym o autograf w niektórych dzielnicach miasta przez nieznane osoby.

Co ciekawe, chociaż osobniki i osobniczki typu PN idealnie pasują do społecznie akceptowanego archetypu artysty, to zazwyczaj skarżą się na blokadę twórczą i niemożność osiągnięcia absolutu poprzez swoją sztukę. Przepraszam, Sztukę. Niekiedy całe życie potrafią spędzić dobrze się zapowiadając, i nic poza tym. Palący ten problem można wyjaśnić, jak większość (jeśli nie wszystkie) palących problemów ludności krajów rozwiniętych, poprzez wstawienie do z lubością nadużywanych przez okazy PN słów litery „j”. ArtyJsta. SztuJka. Z oryginałem słowa te mają tyle wspólnego, co grzyjwka z grzywką. Innymi słowy, cechuje je pokaźny przerost formy nad treścią.

Klasycznym przykładem osobnika PN jest Karl z filmu „Herr Lehmann” (polska nazwa „Berlin Blues”), grany przez Detleva Bucka. Obiektem mojego zainteresowania będą jednak głównie osobniki NO, co wynika z tego, że przedstawicieli typu PN cechuje letni stosunek do reszty populacji, i, co za tym idzie, po fiutku smyrają niemal wyłącznie siebie, co bez wątpienia nie jest idealnym sposobem wykonywania tej czynności.

Osobniki NO doświadczają stanu natchnienia z różną częstotliwością i natężeniem. Na jednym krańcu skali znajdują się przypadki, które natchnienia nie doznały nigdy (moim zdaniem legendarne), na drugim okazy graniczące z typem PN, od którego odróżnia je to, że sporadycznie zdarza im się brak natchnienia, i są wtedy w stanie krytycznie podejść do produktów okresu natchnionego.

Natchnienie pojawia się w życiu osobników NO znienacka. W jednej minucie są niemal normalnymi członkami społeczeństwa, w drugiej zaczynają rysować widelcem w tłuczonych ziemniakach okładkę pierwszej płyty Kraftwerka lub wypisywać manifesty pokoleniowe na ręcznikach jednorazowych. Częściową winę ponosi za to fakt studiowania na wyższej uczelni, co zresztą nietrudno zauważyć: w tworach pisanych pojawiają się nazwiska takie jak Derrida, Lacan, Foucault czy też Bahtin.

Natchnienie okazjonalne przypomina chorobę zakaźną: pierwsze jego objawy są raczej niewinne, a rozprzestrzenia się błyskawicznie. W poniedziałek członek danej grupy społecznej zakłada maila w Gazecie Wyborczej z loginem „metanarracja”, około środy jego najlepszy kolega zaczyna łkać przy piwie powtarzając: „nie wierzę w behawioryzm”, a w piątek wszyscy zgodnie lepią nos Beuysa z gliny.

Na początku jedynym rezultatem natchnienia jest tworzenie. Po pewnym czasie jednak okazuje się ono niewystarczające. Rozglądamy się wokół siebie, wzrok nasz ślizga się po tchnącym dekonstrukcją i przepojonym metatekstualnością opisie na gadu, po nazwie odtwarzanego właśnie w winampie kawałka naszej produkcji, po stojącej na ziemi miniaturowej żyrafie z mydła naszego autorstwa, i nagle JEST. Jesteśmy cudowni. W związku z tym biegniemy do najbliższego lustra w domu w celu podziwiania naszej cudowności; to jednak nie wystarcza. Nasze przekonanie o cudowności rozszerza się z nas samych na nasze otoczenie i bliskie nam osoby, a stąd już tylko krok do smyrania się po fiutkach…

O czym w następnym odcinku.

dr Himeko Ononono

  • RSS